niedziela, 22 lutego 2015

I Heart Chocolate, Makeup Revolution - recenzja i swatche

Firma Makeup Revolution stosunkowo niedawno weszła na rynek, ale dosyć szybko zdobyła popularność. Jeśli o niej słyszeliście, to na pewno znacie ich paletki Iconic (wzorowane na paletkach Naked z Urban Decay), rozświetlacze i oczywiście "czekoladki", czyli palety Death by Chocolate, I Heart Chocolate oraz najnowszą Naked Chocolate inspirowane paletami firmy Too Faced.  Ja od początku listopada zeszłego roku jestem posiadaczką I Heart Chocolate. 



Wszystkie paletki wyglądają jak tabliczka czekolady i mają zapach czekoladopodobny (ja za nim nie przepadam, ale niektórym pasuje).  I Heart Chocolate jest nieco mniej popularna niż Death by Chocolate, ja wybrałam ją, bo nie ma w niej szarości, których praktycznie nie używam, a nawet jeśli będę chciała sięgnąć po chłodniejsze kolory, to mam ich trochę w paletce MUA, którą opisywałam tutaj


Paletka ma solidne opakowanie, plusem jest lusterko. Cienie są dosyć duże i używając jej dosyć często nie zauważyłam dużych ubytków. Do paletki dołączona była folia z nazwami cieni, którą oczywiście zgubiłam. I aplikator, który gdzieś się wala po kosmetyczce ;)

Cienie matowe to You need love, One more piece, Stolen chocolate, Thank friday, Pleasure girl, Meet chocolate.
Cienie matowe z brokatem: Piece me together, Love torn, oraz What the way to go (w tym ostatnim brokatu nie widać na powiece właściwie wcale).
Cienie satynowe: More!, Unforgivable, Love divine, Smooth criminal, Chocolate love, You need more oraz Endorphins ready!


Najbardziej w tej palecie urzekły mnie kolory Love torn i What the way to go. Są one matowe z drobniutkim brokatem, ale nie widać go na powiece. Mają mocną pigmentację i można uzyskać głęboki kolor, mieszanka bordo i fioletu. Są do siebie dosyć podobne. Podobają mi się także cienie w ostatnim rządku, takich kolorów używam na co dzień.
Kolor różowy Meet chocolate w ogóle mi nie pasuje w tej palecie. Bardzo źle mi w różach. A szkoda, bo jest matowy i ma świetną pigmentację.
Najbardziej jestem rozczarowana fioletem Unforgivable, który w opakowaniu wygląda świetnie, ale na powiece się robi nijaki, szary. Jeśli chcecie z niego wydusić kolor to musicie pod spód nałożyć ciemną bazę, (kredkę, albo cień w kremie) i dopiero na to ten cień. Wtedy dopiero będzie ładnie wyglądał.
Maty wypadają dobrze, Pleasure girl używam do zaznaczania załamania powieki, a Thank Friday lub One more piece do rozcierania. Z zieleniami mam trochę problem, bo niestety też nie chcą być takie ładne jak w opakowaniu lub na ręce, potrzebowałby lepszej bazy, ale używam ich czasem do przyciemniania kącika.
Poniżej widzicie swatche tych wszystkich cieni. Pewnie w internecie zobaczycie zdjęcia gdzie będą się wydawać bardziej intensywne. Cóż, ja nie zamierzałam w nich aż tak mocno grzebać. Wydaje mi się, że malując się na powiece uzyskiwałam lepsze kolory niż na ręce.


Podsumowanie
Cena: 40 zł / 16 cieni
Dostępność: Internet (strona producenta, drogerie internetowe)
Opakowanie: Solidne, plastikowe, z lusterkiem
Pigmentacja: Bardzo dobra.
Trwałość: Bardzo dobra.

Cienie mają dobrą pigmentację i przyjemnie się nimi maluje, kolory nadają się do codziennego makijażu jak i do bardziej odważnego z kolorystycznym akcentem. Opakowanie wydaje się być mocne i można z nim podróżować bez strachu. Cena jest przystępna, tym bardziej, że cieni jest więcej niż na przykład w MUA i są lepszej jakości. Myślę, że można je porównać do Sleeka (mam tylko jedną paletę Vintage romance), które kosztują podobnie, a jest ich mniej. Ja mogę z czystym sumieniem polecić tę paletkę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...