Długo uważałam tusze z Maybelline za moje ulubione i nadal twierdzę, że są całkiem niezłe. Bardzo lubiłam Volum' Express (chyba miałam wszystkie z nich, a jeśli nie wszystkie to większość), a najbardziej przypadł mi do gustu Colossal 100%. Illegal Lenght nie był nawet taki zły z tego co pamiętam. The Rocket Volume Express oddałam siostrze, ale niestety okazała się bezużyteczna, bo nie pamięta czy go lubiła czy nie :P
Zachęcona tym, że ogólnie miałam z tuszami tej firmy dosyć dobre stosunki, w czasie promocji zakupiłam Falsies Black Drama, czyli ten fioletowy. Przez pierwsze tygodnie nie dało się go używać był strasznie rzadki, zlepiał rzęsy, po prostu jakiś koszmar. Jak trochę wysechł dopiero można było coś z pracować, ale potem musiałam dolać do niego Duraline, bo był za suchy.
Drugi tusz to Colossal Go Extreme. Oprócz tego, że niezbyt fajnie mi się go używa i nie podoba mi się szczoteczka (serio, do czego mają służyć te wypukłości, wie ktoś?) to szybko zaczyna się kruszyć i pod okiem mamy dużo czarnych kropeczek. Nieładnie. Nie wymagam od tuszu, żeby był w nienaruszonym stanie po popołudniowej drzemce (chociaż taki jest L'oreal, którego recenzja będzie w swoim czasie), ale bez przesady.
Oczywiście niektórym osobom te tusze będą pasować, bo wiadomo, że każdy ma inne rzęsy i inne wymagania, ale jeśli chodzi o mnie, to już więcej tych dwóch gagatków nie kupię. Macie jakieś doświadczenia z tymi maskarami?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz